Mówią, że ma depresję. Albo dystymię – czyli przewlekły stan, w którym ktoś nie potrafi się niczym cieszyć. Niemal stale towarzyszy mu jedna i ta sama emocja: smutek. Może to jest dystymia. Ale nie jest to wcale pewne. To, że ktoś jest pesymistą albo melancholikiem – jak Kłapouchy – nie oznacza od razu, że jest chory.
Wokół terminów związanych z obniżonym nastrojem narosło sporo mitów. Wrzucamy do jednego worka kliniczne jednostki chorobowe i naturalne cechy charakteru. Gdybyśmy zaprosili naszego osiołka do gabinetu, diagnoza różnicowa mogłaby wyglądać następująco:
-
Epizod depresji (wielka depresja) to nagłe, głębokie załamanie linii życia. Kłapouchy przestałby w ogóle wychodzić ze swojego Ponurego Zakątka, straciłby siłę na filozofowanie, a spotkanie z Kubusiem czy Prosiaczkiem byłoby dla niego wysiłkiem ponad miarę. Depresja zabiera energię do działania, przynosi ogromne cierpienie i paraliżuje. To stan, który bezwzględnie wymaga leczenia – psychoterapii i często farmakoterapii.
-
Dystymia (uporczywe zaburzenie depresyjne) to z kolei depresja „niskointensywna”, ale przewlekła, trwająca latami. Dystymik funkcjonuje, chodzi do pracy (albo zbiera chrust), ale świat widzi w odcieniach szarości. Towarzyszy mu stałe poczucie zmęczenia i brak satysfakcji. Kłapouchy w dystymii nie pamiętałby już, jak to jest czuć się dobrze, a jego pesymizm byłby przewlekłym, nużącym ciężarem, który również można – i warto – leczyć.
-
Melancholia (jako rys osobowości i temperament)… I tu docieramy do sedna. Istnieje rodzaj smutku, którego… nie leczymy. To melancholijny styl charakteru, wrodzony temperament. Taki Kłapouchy jest ponurakiem, którego myśli utkane są z fatalizmu i negacji. Jest uroczym na swój sposób zrzędą i filozofem-stoikiem, z godnością przyjmującym każdą porażkę (bo zawsze się jej spodziewa). Nie cierpi z powodu klinicznej choroby – on po prostu tak ma. Osiołek uświadamia nam, że świat byłby nudny, gdyby wszyscy tylko brykali jak Tygrysek.
Nasz bohater jest wycofany i jednocześnie kochany. Każdy z mieszkańców Stumilowego Lasu (nie tylko Miś) poszedłby pewnie na koniec świata, żeby odnaleźć jego zgubiony ogon. Mieszka w swoim Ponurym Zakątku, snując smutne scenariusze, ale ma bezcenny skarb: istoty, na które może liczyć. W Stumilowym Lesie (na szczęście!) wszyscy są na tyle mądrzy, że różnice temperamentu nie są przeszkodą dla przyjaźni. Melancholia Kłapouchego jest tam akceptowana – nikt nie każe mu na siłę się uśmiechać.
A gdyby przyjaciele jednak zaprowadzili Kłapouchego na terapię? Czy jest szansa na to, aby egzystencję osiołka uczynić bardziej radosną?
Tak, choć oczywiście Kłapouchy musiałby sam tego chcieć. Nawet jeśli melancholia to jego natura, a nie choroba, praca w nurcie poznawczo-behawioralnym mogłaby pomóc mu nieco rozjaśnić ten ponury krajobraz. Są pytania, które mogłyby pomóc zbliżyć się osiołkowi do Pogodnego Zakątka.
Zakładam, że najpierw, pytany o historię swojej melancholii, Kłapouchy powiedziałby: – Ona była ze mną zawsze, od kiedy pamiętam.
Wtedy terapeuta mógłby zaproponować: – No dobrze. A teraz poszukajmy od tej reguły wyjątków. Na pewno istnieją.
Gdy Miś o Bardzo Małym Rozumku znalazł zgubiony ośli ogon, a Krzyś przymocował go we właściwe miejsce, „Kłapouchy zaczął hasać i fikać kozły po Lesie, i machać ogonem wesoło…”. Równie szczęśliwy był w dniu urodzin. Dystymik czy osoba w głębokiej depresji mieliby ogromną trudność z poczuciem czystej, dziecięcej radości w takim momencie. Kłapouchy potrafi ją wykrzesać! Dostał przecież w prezencie pustą baryłkę po miodzie, która stała się Praktyczną Baryłeczką na Różne Różności, oraz pęknięty balonik, który z łatwością się w niej mieścił. I to go autentycznie ucieszyło.
Takich chwil w życiu każdego (nawet najbardziej melancholijnego) Kłapouchego jest więcej. Każda z nich zadziałała się z jakiejś przyczyny i w konkretnych okolicznościach. Jeśli w terapii upleciemy z nich nową opowieść i postawimy przed sobą wyzwanie dokładania do niej kolejnych rozdziałów – może się zdarzyć, że wyjątki zaczną pojawiać się częściej, a syndrom Kłapouchego przestanie być tak bardzo ponury. Bo temperamentu zmieniać nie trzeba… wystarczy nauczyć się z nim pięknie żyć.
BIO autorki
Czytaj też: