Dziesięć atomów węgla, osiemnaście wodoru i jeden tlenu. Jeśli poukładać je w odpowiedni sposób, powstaje geraniol – jedna z tych cząsteczek, dzięki którym świat potrafi pachnieć różą, cytrusem i czymś trudnym do nazwania, ale bardzo znajomym.
Geraniol należy do składników olejków eterycznych wielu roślin. Znajdziemy go również w olejku pachnących pelargonii. Właśnie związkom aromatycznym zawdzięczają one swoją największą sztuczkę: czasem wystarczy lekko potrzeć liść i cały pokój nagle pachnie.
Jedną z takich roślin jest poczciwa anginka, pelargonia pachnąca, przez wielu nazywana też geranium. Kiedyś stała na parapetach w ogromnej liczbie polskich domów. Potem trochę o niej zapomnieliśmy. A szkoda. Choć niekoniecznie z tych powodów, które przypisywała jej domowa medycyna.
Anginka naszych babć
Anginka należała kiedyś do roślin z pogranicza ozdoby, domowej apteczki i rodzinnego folkloru. Liście trafiały do naparów i nalewek, przykładano je przy rozmaitych dolegliwościach, a kolejne pokolenia przekazywały sobie opowieści o jej przeciwbakteryjnych, przeciwwirusowych i przeciwzapalnych właściwościach.
Tutaj warto oddzielić dwie rzeczy, które łatwo pomylić. Istnieją rzeczywiście lecznicze preparaty z pelargonium, ale europejska monografia EMA dotyczy korzenia Pelargonium sidoides i Pelargonium reniforme. Preparaty te mają udokumentowaną tradycję stosowania w objawowym leczeniu przeziębienia. To jednak inne gatunki, inna część rośliny i standaryzowane preparaty, nie anginka rosnąca na kuchennym parapecie.
Anginka może sobie spokojnie pozostać rośliną bez obowiązku świadczenia usług medycznych.
Ten zapach…
Tu zaczyna się ciekawsza historia. Olejek z Pelargonium graveolens zawiera m.in. geraniol, citronellol i inne związki odpowiedzialne za jego charakterystyczny aromat. Badano go również w aromaterapii. W niewielkich badaniach klinicznych inhalacja olejku wiązała się ze zmniejszeniem odczuwanego lęku lub stresu i w niektórych grupach z poprawą jakości snu czy zmniejszeniem zmęczenia.
To interesujące, ale od „w kilku badaniach zapach wpływał na samopoczucie” do „anginka działa przeciwdepresyjnie” jest długa droga. Doniczka nie jest antydepresantem. Olejek eteryczny również nim nie jest. I żadne z tych badań nie daje podstaw, żeby zastępować zapachem rośliny leczenie depresji czy zaburzeń lękowych.
A jednak tytułu nie zamierzam oddawać, bo istnieje jeszcze coś, czego nie trzeba wciskać do probówki.
Parapet jako wehikuł czasu
Węch ma osobliwą zdolność otwierania drzwi, których chwilę wcześniej nawet nie widzieliśmy. Zapach może przywołać kuchnię babci, mieszkanie z dzieciństwa, lato, konkretną osobę albo miejsce. Nie musi przy tym przedstawiać się grzecznie pamięci autobiograficznej i mówić: „dzień dobry, teraz uruchamiam wspomnienie numer 428”.
Czasem po prostu poruszasz liściem i jesteś gdzie indziej. Może dlatego stare rośliny doniczkowe mają w sobie coś więcej niż dekorację. Są małymi zielonymi kapsułami czasu. Rozmaryn pachnie jednym domem, mięta drugim, a anginka, jeśli ktoś dorastał w jej towarzystwie, potrafi otworzyć pół dzieciństwa jednym liściem. Taki „antydepresant z parapetu” jestem gotowa obronić. Jako drobne źródło przyjemności, zapachu, skojarzeń, zieleni w pokoju i tej szczególnej satysfakcji, kiedy z niepozornej sadzonki robi się krzak, który po roku zaczyna domagać się własnego kodu pocztowego.
Jak się z nią dogadać?
Anginka nie jest szczególnie wymagającą współlokatorką. Pachnące pelargonie lubią światło i przepuszczalne podłoże. Dobrze czują się w jasnym, słonecznym miejscu; podczas zimowania podlewa się je oszczędniej, pozwalając podłożu przeschnąć między podlewaniami. Nie lubią mrozu. Jeśli zacznie rosnąć jak szalona, można ją przyciąć. I tu zaczyna się druga przyjemność: sadzonki pachnących pelargonii łatwo rozmnaża się z młodych pędów. Po pewnym czasie z jednej rośliny robią się dwie. Potem cztery. Potem zaczynasz rozdawać je znajomym.
I być może właśnie tak anginka opanowała kiedyś polskie parapety – metodą roślinnego networkingu.
Antydepresant?
Nie. Depresję leczy się metodami, których skuteczność została rzeczywiście sprawdzona. Jeśli ktoś choruje, doniczka nie zastąpi psychoterapii, konsultacji lekarskiej ani – kiedy są wskazane – leków. Ale jeśli pytanie brzmi, czy warto mieć anginkę na parapecie, moja odpowiedź będzie… podejrzanie entuzjastyczna. Bo jest zielona. Bo pachnie po dotknięciu. Bo łatwo się rozmnaża. Bo niesie ze sobą kawał historii domowej botaniki. I dlatego, że czasem zupełnie zwyczajna rzecz potrafi na moment poprawić jakość wtorkowego popołudnia.
Nie wszystko, co robi nam dobrze, musi być leczeniem. Czasem wystarczy, że jest dobre. I pachnie z parapetu.